Odeszły
Loonaur. maj 2007 / zm. 15 maj 2008
Loona była prawdopodobnie siostrą Mruczysława, niestety zachorowała na FIP, tak jak on. To choroba, na którą często zapadają na nią zwierzaki, które są rodzeństwem. Niestety nie ma na nią lekarstwa. Trzymajcie kciuki, żeby jak najmniej było takich kocich smutnych zakończeń. To okropne, że niemalże z dnia na dzień energiczny i radosny zwierzak marnieje w oczach i odchodzi...
Moja historia...
Pochodzę z jednej z warszawskich piwnic. Urodziłam się jako dziecko dzikiej kociej mamy. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że jestem rodzeństwem Gadułka. Pewności jednak nie mam, bo było nas tyle, że zupełnie straciłam rachubę. Co mogę o sobie powiedzieć? Z całą pewnością jestem dzika, co nie oznacza jednak, że zupełnie nie lubię człowieka. Umówiłam się z moją opiekunką, że zbliżamy się do siebie najwyżej na odległość 1 metra. Jadam i bawię się w jej obecności, nawet próbowałam ją ostatnio zapraszać do zabawy, gryząc przez kołdrę, kiedy tylko się poruszyła. Ale nie pozwalam się złapać ani pogłaskać. Lubię towarzystwo innych kotów, mam z kim poszaleć. Uwielbiam też obserwować ptaki, które przysiadają na drzewach za oknem. Z polowaniem jest trochę gorzej, jeszcze nie odkryłam jak to się robi przez szybę ;) Ogólnie nie narzekam, na razie jestem zdrowa, najedzona, śpię ile chcę i nikt nie robi mi krzywdy. Mamy co prawda trochę ciasno, ale z całą pewnością panuje u nas rodzinna atmosfera, a to ważniejsze, niż wszystkie pieniądze świata. Prawda, że mam rację? :)
Buniaur. sierpień 1997 / zm. 9 maj 2008
Nerki naszej Bunieczki przestały pracować. Pozwoliliśmy jej godnie odejść, chociaż bardzo trudno było podjąć nam tą decyzję. Kicia bardzo dzielnie walczyła, mam nadzieję, że teraz dostała od Boga nagrodę...
Moja historia...
Wirtualnie opiekują się mną Dominika, Natan i Mario Wojtowicz. Dbają o to, żebym miała pełną miseczkę smakołyków, ale przede wszystkim sfinansowali operację mojego uszka. Gdyby nie oni, pewnie niedługo nie było by mnie na tym świecie...
Więcej o mnie...
Mam na imię Bunia (od Babuni). Przez całe swoje życie (a trochę już żyję, bo mam 10 lat), mieszkałam z moją opiekunką w domku z ogrodem. Nigdy nie spodziewałabym się, że kiedykolwiek to się zmieni. Niestety moja pani zmarła i zostałam zupełnie sama na świecie. Trafiłam pod opiekę lecznicy dla zwierzaków, a później do domowego ośrodka adopcyjnego, gdzie mieszkam ze sporą gromadką innych kotów. Nie jest mi łatwo. Zachorowały mi uszka. Mówią, że to przez stres i dlatego, że tęsknię. Rzeczywiście mi smutno. Zawsze miałam moją panią tylko dla siebie. Nie chcę narzekać, bo są zwierzaki, które mają pewnie mniej szczęścia ode mnie, ale myślę, że skoro mam już tyle lat, nikt mnie nie zechce... A ja bardzo chciałabym mieć dom.
Aktualności z codzienności:
12 grudzień 2007
Jestem już po zabiegu operacyjnym. Usunięto mi część kanału słuchowego zewnętrznego razem z guzkami i to było bardzo dobre posunięcie. Już wieczorem po zabiegu domagałam się jedzenia. Oczywiście mogłam jeść dopiero na drugi dzień, więc obie z moją opiekunką musiałyśmy uzbroić się w cierpliwość. Czuję się bardzo dobrze, 19 grudnia jedziemy na kontrolę do onkologa i zdjęcie szwów.
20 marzec 2008
No i znowu kłopoty. W pyszczku pojawiły mi się tzw nadziąślaki. Jestem już po kolejnej operacji, ale nie wiadomo, czy znowu nie zachoruję...
Juniorur. wrzesień 2007 / zm 16 marzec 2008
Diagnoza - FIP. Juniorek żył cichutko i cichutko odszedł. Smutna i częsta historia... Gdyby choć jedna osoba zadzwoniła w jego sprawie, może dzisiaj żyłby...
Moja historia...
W październiku 2007 roku, moja obecna opiekunka siedziała sobie jak co dzień za biurkiem w pracy. Aż tu nagle zadzwonił telefon i dowiedziała się od swojej koleżanki, że klient jej sklepu widział na drugim końcu Warszawy, małego zapłakanego kotka, który leżał na chodniku pod blokiem i nie mógł się ruszyć. A to byłem ja. Nie mogła wyjść z pracy, ale całe szczęście, pan który mnie widział, zgodził się zawieźć mnie do lekarza. Na miejscu okazało się, że mam pogryzioną łapkę. Dodatkowo byłem chory na koci tyfus. Słyszałem, że to bardzo ciężka choroba i że wiele kotów na nią umiera. Ale ja postanowiłem, że ze mną będzie zupełnie inaczej. W końcu aż 4 osoby walczyły o mnie. I udało mi się. Dziś jestem zupełnie zdrowy, zostałem już zaszczepiony, więc tyfus nie jest mi straszny. I kiedy tylko mogę, przytulam się najmocniej, jak tylko potrafię, mrucząc z wdzięcznością do ucha moich opiekunów.
Chudyur. maj 2003 / zm. 17 luty 2008
Chudy miał przewlekłe problemy związane z przewodem pokarmowym. Niestety choroba postępowała i nie dała mu szansy na dłuższe życie... Nie był łatwym kocim domownikiem, ale nie będzie drugiego takiego kociaka, jak On...
Moja historia...
Maszaur. marzec 1993 / zm. 11 luty 2008
Maszeńkę zabrała nam starość. Mam nadzieję, że zaznała z nami choć trochę domowego ciepła...
Moja historia...
Maxur. maj 2003 / zm. 4 luty 2008
Moja historia...
Podobnie jak Kuba, pochodzę z działek ogrodniczych. Mieszkałem tam zaledwie 4 tygodnie, ale zdążyłem nabawić się kociego kataru, który zaatakował moje płuca. Nie pomagało leczenie. Strasznie się dusiłem. Myślałem, że nie poznam, co to dorosłe życie. Ale po 6 miesiącach walki, choroba zaczęła ustępować. Z dnia na dzień czułem się coraz lepiej. Nie jestem zbyt śmiały, ale za to bardzo mądry i wrażliwy. Niestety mam jedną słabość. Kiedy muszę się przeprowadzić albo ktoś wstawi nowy mebel do domu, tak bardzo się denerwuję, że mylę łóżko z toaletą. Po ostatniej przeprowadzce przez pół roku nie mogłem sobie przypomnieć, jak korzysta się z kuwety. Jak na razie wróciłem do formy, ale nie obiecuję, jak to jeszcze ze mną będzie.
Śnieżkaur. czerwiec 2001 / zm. 2 luty 2008
U Śnieżki stwierdzono nowotwór trzustki. Leczenie o kilka miesięcy przedłużyło jej życie. To dało nam cenny czas, żeby się pożegnać...
Moja historia...
Jak na prawdziwą królewnę przystało, jestem wyjątkowo wybredna i kapryśna. Wychowałam się niedaleko mojego aktualnego miejsca zamieszkania. Moja historia nie wyróżnia się niczym szczególnym. Przez pierwsze lata swojego życia mieszkałam ze starszą panią i psim kumplem. Kiedy moja opiekunka zachorowała i została zabrana do domu opieki, zostaliśmy sami. Mój kolega pies niestety przepadł bez śladu, a ja przez miesiąc błąkałam się w okolicy mojego domu. Moja pani była samotną osobą i niewiele osób wiedziało, że potrzebowała pomocy. Kiedy trafiłam do ośrodka, tak bardzo się bałam, że przez 4 miesiące siedziałam wysoko na szafkach kuchennych i za żadne skarby nie pozwalałam się dotknąć moim nowym opiekunom. Schodziłam jedynie ukradkiem do kuwety. Miseczki z jedzeniem dostawałam na górę. Dziś trochę wstydzę się tamtych czasów, bo wiem, że nic złego mi nie groziło. Dostałam na imię Śnieżka, ze względu na moje białe futerko. Ale postanowiłam w związku z imieniem zostać prawdziwą królewną. Od czasu do czasu, kiedy mam dobry humor, siadam na kolanach opiekunki, ale strasznie nie lubię brania na ręce i miętoszenia. W końcu to takie nieeleganckie i nie królewskie.
Mruczysławur. kwiecień 2007 / zm. 28 listopad 2007
Kilka dni przed końcem listopada u Mruczysława został zdiagnozowany FIP. Kocurek nie miał szans w walce z tą chorobą.
.
Urodziłem się w piwnicy na warszawskim Bródnie. Nie ma tam warunków dla małego kotka, jest ciemno, zimno i brudno. Ale jakoś dało się wytrzymać. Najgorsze było to, że często byłem taki strasznie głodny. Szukałem jedzenia wszędzie. Któregoś dnia, razem z rodzeństwem, trafiliśmy na prawdziwą ucztę. Ktoś zostawił dla nas jedzenie w słoiczkach. Nie zastanawialiśmy się długo i to nie była mądra decyzja. Główki dwóch z nas utknęły w szkle i nie mogliśmy się uwolnić. Było duszno i strasznie. Na szczęcie słoiki się stłukły. Niestety na naszych szyjach pozostały nadtłuczone szyjki od nich. Zrozumieliśmy, że jeżeli nie poszukamy pomocy człowieka, będzie źle... Mojemu bratu udało się zdjąć szkło bez problemu, ale ja przez kilka dni nie mogłem się przełamać. Skończyło się na wizycie u weterynarza. Dostałem narkozę i mam 2 szwy na brodzie. W ramach wdzięczności postanowiłem, że będę mruczał, kiedy się mnie drapie za uszkiem i że już zawsze będę kochał człowieka. Mam nadzieję na wzajemność :)




