Sfinx



Odeszły

Pamiętajcie, że żadne schronisko, choćby najlepiej sfinansowane, wyposażone i zorganizowane, niejednokrotnie nie ma szans w walce z chrobami wirusowymi czy też ze skutkami różnych zwierzęcych tragedii. Często adopcja zwierzaka może mu nie tylko poprawić warunki życia, ale zwyczajnie je uratować. Moim największym marzeniem byłoby, żeby ta rubryka pozostawała pusta, a przynajmniej uświadamiała osobom, które wyrzucają zwierzęta bądź odwożą do schroniska z błahych powodów, że przyjmują na poczet swojego sumienia nie tylko czyjeś nieszczęście, ale często i życie.
.
Ta zakładka powstała dla zwierzaków, którym nie było dane cieszyć się życiem i zdrowiem tak długo, jak byśmy tego chcieli. Są tu kociaki, które mieszkały z nami przez wiele lat, są i takie, które znaliśmy przez kilka dni lub miesięcy. Czasem zabiera nam je starość, czasem choroby, a innym razem konsekwencje okrucieństwa, z jakim się spotkały. Wierzę, że są dziś szczęśliwe i kiedyś się spotkamy, ale na razie pozostaje nam jedynie wspomnienie o nich...

Loona 2008-03-20_3700.JPGLoona
ur. maj 2007 / zm. 15 maj 2008
Loona była prawdopodobnie siostrą Mruczysława, niestety zachorowała na FIP, tak jak on. To choroba, na którą często zapadają na nią zwierzaki, które są rodzeństwem. Niestety nie ma na nią lekarstwa. Trzymajcie kciuki, żeby jak najmniej było takich kocich smutnych zakończeń. To okropne, że niemalże z dnia na dzień energiczny i radosny zwierzak marnieje w oczach i odchodzi...

Moja historia...

Pochodzę z jednej z warszawskich piwnic. Urodziłam się jako dziecko dzikiej kociej mamy. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że jestem rodzeństwem Gadułka. Pewności jednak nie mam, bo było nas tyle, że zupełnie straciłam rachubę. Co mogę o sobie powiedzieć? Z całą pewnością jestem dzika, co nie oznacza jednak, że zupełnie nie lubię człowieka. Umówiłam się z moją opiekunką, że zbliżamy się do siebie najwyżej na odległość 1 metra. Jadam i bawię się w jej obecności, nawet próbowałam ją ostatnio zapraszać do zabawy, gryząc przez kołdrę, kiedy tylko się poruszyła. Ale nie pozwalam się złapać ani pogłaskać. Lubię towarzystwo innych kotów, mam z kim poszaleć. Uwielbiam też obserwować ptaki, które przysiadają na drzewach za oknem. Z polowaniem jest trochę gorzej, jeszcze nie odkryłam jak to się robi przez szybę ;) Ogólnie nie narzekam, na razie jestem zdrowa, najedzona, śpię ile chcę i nikt nie robi mi krzywdy. Mamy co prawda trochę ciasno, ale z całą pewnością panuje u nas rodzinna atmosfera, a to ważniejsze, niż wszystkie pieniądze świata. Prawda, że mam rację? :)

2007-07-15_2549 15.JPGBunia
ur. sierpień 1997 / zm. 9 maj 2008

Nerki naszej Bunieczki przestały pracować. Pozwoliliśmy jej godnie odejść, chociaż bardzo trudno było podjąć nam tą decyzję. Kicia bardzo dzielnie walczyła, mam nadzieję, że teraz dostała od Boga nagrodę...

Moja historia...
Wirtualnie opiekują się mną Dominika, Natan i Mario Wojtowicz. Dbają o to, żebym miała pełną miseczkę smakołyków, ale przede wszystkim sfinansowali operację mojego uszka. Gdyby nie oni, pewnie niedługo nie było by mnie na tym świecie...
Więcej o mnie...
Mam na imię Bunia (od Babuni). Przez całe swoje życie (a trochę już żyję, bo mam 10 lat), mieszkałam z moją opiekunką w domku z ogrodem. Nigdy nie spodziewałabym się, że kiedykolwiek to się zmieni. Niestety moja pani zmarła i zostałam zupełnie sama na świecie. Trafiłam pod opiekę lecznicy dla zwierzaków, a później do domowego ośrodka adopcyjnego, gdzie mieszkam ze sporą gromadką innych kotów. Nie jest mi łatwo. Zachorowały mi uszka. Mówią, że to przez stres i dlatego, że tęsknię. Rzeczywiście mi smutno. Zawsze miałam moją panią tylko dla siebie. Nie chcę narzekać, bo są zwierzaki, które mają pewnie mniej szczęścia ode mnie, ale myślę, że skoro mam już tyle lat, nikt mnie nie zechce... A ja bardzo chciałabym mieć dom.
Aktualności z codzienności:
12 grudzień 2007
Jestem już po zabiegu operacyjnym. Usunięto mi część kanału słuchowego zewnętrznego razem z guzkami i to było bardzo dobre posunięcie. Już wieczorem po zabiegu domagałam się jedzenia. Oczywiście mogłam jeść dopiero na drugi dzień, więc obie z moją opiekunką musiałyśmy uzbroić się w cierpliwość. Czuję się bardzo dobrze, 19 grudnia jedziemy na kontrolę do onkologa i zdjęcie szwów.
20 marzec 2008
No i znowu kłopoty. W pyszczku pojawiły mi się tzw nadziąślaki. Jestem już po kolejnej operacji, ale nie wiadomo, czy znowu nie zachoruję...

Junior 2008-02-17_3639.JPGJunior
ur. wrzesień 2007 / zm 16 marzec 2008
Diagnoza - FIP. Juniorek żył cichutko i cichutko odszedł. Smutna i częsta historia... Gdyby choć jedna osoba zadzwoniła w jego sprawie, może dzisiaj żyłby...

Moja historia...
W październiku 2007 roku, moja obecna opiekunka siedziała sobie jak co dzień za biurkiem w pracy. Aż tu nagle zadzwonił telefon i dowiedziała się od swojej koleżanki, że klient jej sklepu widział na drugim końcu Warszawy, małego zapłakanego kotka, który leżał na chodniku pod blokiem i nie mógł się ruszyć. A to byłem ja. Nie mogła wyjść z pracy, ale całe szczęście, pan który mnie widział, zgodził się zawieźć mnie do lekarza. Na miejscu okazało się, że mam pogryzioną łapkę. Dodatkowo byłem chory na koci tyfus. Słyszałem, że to bardzo ciężka choroba i że wiele kotów na nią umiera. Ale ja postanowiłem, że ze mną będzie zupełnie inaczej. W końcu aż 4 osoby walczyły o mnie. I udało mi się. Dziś jestem zupełnie zdrowy, zostałem już zaszczepiony, więc tyfus nie jest mi straszny. I kiedy tylko mogę, przytulam się najmocniej, jak tylko potrafię, mrucząc z wdzięcznością do ucha moich opiekunów.


Chudy 2007-06-10_2476.JPGChudy
ur. maj 2003 / zm. 17 luty 2008
Chudy miał przewlekłe problemy związane z przewodem pokarmowym. Niestety choroba postępowała i nie dała mu szansy na dłuższe życie... Nie był łatwym kocim domownikiem, ale nie będzie drugiego takiego kociaka, jak On...

Moja historia...
Mówią, że jestem ślicznym i miłym kotem. Niestety los nie oszczędził mnie w moim krótkim życiu. Zostałem znaleziony w stanie agonalnym w jednej z piwnic na Mokotowie. Zostałem wyrzucony z domu i nie radziłem sobie na wolności. Byłem potwornie wychudzony, odwodniony, miałem katar i biegunkę. Przez 2,5 tygodnia przebywałem w szpitalu na zwierząt. Testy wykluczyły u mnie kocią białaczkę i AIDS. Biegunki ustąpiły po podaniu specjalnej karmy leczniczej. Przybrałem na wadze i mam piękną błyszczącą hebanową sierść, ale jakoś nikt nie chciał mnie do tej pory zauważyć. A ja tak bardzo kocham ludzi. Niestety nie potrafię zupełnie zapanować nad załatwianiem się poza kuwetą. Mylę różne miejsca z toaletą. Przeżyłem już jedną nieudaną adopcję. Tak tęskniłem za moją opiekunką, że całe mieszkanie traktowałem jak toaletę. Był fotel dywan, kapcie, a na końcu łóżko, no i wróciłem z powrotem... Teraz od czasu do czasu załatwiam się koło lodówki, w sumie sam nie wiem, czemu tak robię, ale chyba nie potrafię już inaczej...

Masza 2006-08-15_0162 15.JPGMasza
ur. marzec 1993 / zm. 11 luty 2008

Maszeńkę zabrała nam starość. Mam nadzieję, że zaznała z nami choć trochę domowego ciepła...

Moja historia...
Przyjechałam do lecznicy weterynaryjnej w 2003 roku. Przywiózł mnie tam mój właściciel, ponieważ stracił mieszkanie i nie mógł się mną już dłużej opiekować. Przez 11 lat swojego życia mieszkałam tylko z nim. Przez kilka miesięcy nie pozwalałam się dotknąć moim nowym opiekunom, byłam zrozpaczona i zła, że tak mnie potraktowano... Byłam również bojowo nastawiona do innych kotów, zresztą w tej materii nadal coś we mnie zostało z Maszy sprzed kilku lat. Kiedy któryś mi podpadnie, natychmiast zostaje ofukany i obrywa ode mnie łapą. Zupełnie inaczej sytuacja ma się w przypadku kontaktów JA KOT kontra MÓJ CZŁOWIEK. Jestem wielką małą przylepą i gadułą. To pewnie dlatego, że uwierzyłam, że mój los na stałe odmienił się na dobre :)




Max 2004-05-01 01.JPGMax
ur. maj 2003 / zm. 4 luty 2008
Max od kilku miesięcy borykał się ze schorzeniami przewodu pokaromowego. Jako maleńkie kocię przez kilka miesięcy zmagał się z powikłaniami po kocim katarze. Przypuszczalnie podawane wtedy leki zostawiły po sobie nieodwracalne ślady. Będzie mi Go bardzo brakowało...

Moja historia...
Podobnie jak Kuba, pochodzę z działek ogrodniczych. Mieszkałem tam zaledwie 4 tygodnie, ale zdążyłem nabawić się kociego kataru, który zaatakował moje płuca. Nie pomagało leczenie. Strasznie się dusiłem. Myślałem, że nie poznam, co to dorosłe życie. Ale po 6 miesiącach walki, choroba zaczęła ustępować. Z dnia na dzień czułem się coraz lepiej. Nie jestem zbyt śmiały, ale za to bardzo mądry i wrażliwy. Niestety mam jedną słabość. Kiedy muszę się przeprowadzić albo ktoś wstawi nowy mebel do domu, tak bardzo się denerwuję, że mylę łóżko z toaletą. Po ostatniej przeprowadzce przez pół roku nie mogłem sobie przypomnieć, jak korzysta się z kuwety. Jak na razie wróciłem do formy, ale nie obiecuję, jak to jeszcze ze mną będzie.

Sniezka 2006-08-12_0051.JPGŚnieżka
ur. czerwiec 2001 / zm. 2 luty 2008

U Śnieżki stwierdzono nowotwór trzustki. Leczenie o kilka miesięcy przedłużyło jej życie. To dało nam cenny czas, żeby się pożegnać...

Moja historia...
Jak na prawdziwą królewnę przystało, jestem wyjątkowo wybredna i kapryśna. Wychowałam się niedaleko mojego aktualnego miejsca zamieszkania. Moja historia nie wyróżnia się niczym szczególnym. Przez pierwsze lata swojego życia mieszkałam ze starszą panią i psim kumplem. Kiedy moja opiekunka zachorowała i została zabrana do domu opieki, zostaliśmy sami. Mój kolega pies niestety przepadł bez śladu, a ja przez miesiąc błąkałam się w okolicy mojego domu. Moja pani była samotną osobą i niewiele osób wiedziało, że potrzebowała pomocy. Kiedy trafiłam do ośrodka, tak bardzo się bałam, że przez 4 miesiące siedziałam wysoko na szafkach kuchennych i za żadne skarby nie pozwalałam się dotknąć moim nowym opiekunom. Schodziłam jedynie ukradkiem do kuwety. Miseczki z jedzeniem dostawałam na górę. Dziś trochę wstydzę się tamtych czasów, bo wiem, że nic złego mi nie groziło. Dostałam na imię Śnieżka, ze względu na moje białe futerko. Ale postanowiłam w związku z imieniem zostać prawdziwą królewną. Od czasu do czasu, kiedy mam dobry humor, siadam na kolanach opiekunki, ale strasznie nie lubię brania na ręce i miętoszenia. W końcu to takie nieeleganckie i nie królewskie.


Mruczyslaw 2007-08-19_2754.JPGMruczysław
ur. kwiecień 2007 / zm. 28 listopad 2007

Kilka dni przed końcem listopada u Mruczysława został zdiagnozowany FIP. Kocurek nie miał szans w walce z tą chorobą.
.
Moja historia...
Urodziłem się w piwnicy na warszawskim Bródnie. Nie ma tam warunków dla małego kotka, jest ciemno, zimno i brudno. Ale jakoś dało się wytrzymać. Najgorsze było to, że często byłem taki strasznie głodny. Szukałem jedzenia wszędzie. Któregoś dnia, razem z rodzeństwem, trafiliśmy na prawdziwą ucztę. Ktoś zostawił dla nas jedzenie w słoiczkach. Nie zastanawialiśmy się długo i to nie była mądra decyzja. Główki dwóch z nas utknęły w szkle i nie mogliśmy się uwolnić. Było duszno i strasznie. Na szczęcie słoiki się stłukły. Niestety na naszych szyjach pozostały nadtłuczone szyjki od nich. Zrozumieliśmy, że jeżeli nie poszukamy pomocy człowieka, będzie źle... Mojemu bratu udało się zdjąć szkło bez problemu, ale ja przez kilka dni nie mogłem się przełamać. Skończyło się na wizycie u weterynarza. Dostałem narkozę i mam 2 szwy na brodzie. W ramach wdzięczności postanowiłem, że będę mruczał, kiedy się mnie drapie za uszkiem i że już zawsze będę kochał człowieka. Mam nadzieję na wzajemność :)
.
2007-07-02_2531 15.JPG
Matylda
ur. maj 2003 / zm. 20 sierpień 2007
Niestety Matylda przegrała nierówną walkę z niewydolnością nerek...
.
Moja historia...
Trafiłam do mojej opiekunki, kiedy miałam zaledwie 3 miesiące. Miałam sporo szczęścia, bo akurat znalazła się w miejscu, gdzie mój opiekun postanowił mnie wyrzucić. Przerzucił mnie przez żywopłot w okolicznym parku, ale wróciłam, bo myślałam, że się ze mną bawi. Kiedy przerzucił mnie ponownie, nadal nie rozumiałam, po co to robi, ale czułam, że dzieje się coś złego. Na szczęście moja nowa opiekunka zobaczyła to zdarzenie i zabrała mnie do siebie. Pierwszy raz w życiu jechałam na rowerze, w rękach opiekunki oczywiście. Bardzo szybko zadomowiłam się w nowych warunkach. Żyło mi się naprawdę fajnie. Niestety rok temu moje nerki odmówiły posłuszeństwa. Bez kroplówek i drogiego sterydu, nie mogłabym żyć. Myślę, że ciężko byłoby mi przyzwyczaić się do nowego miejsca, ale moje leczenie bardzo drogo kosztuje. Nie wiem, ile życia jeszcze mi pozostało, ale chcę je spędzić w miejscu, które prawie od zawsze było moim domem...

Copyright © 2007 by Sfinx
Produced by 2pixel
Fundacja na rzecz obrony praw zwierząt SFINX, tel. 0-602-794-614, NIP 525-235-84-07, Regon 140398161
Sąd Rejonowy dla m.st. Warszawy, XIII Wydział Gospodarczy Krajowego Rejestru Sądowego, KRS 0000247535